Wraz z wiekiem zmienia się rytm codziennych kontaktów. Po zakończeniu pracy zawodowej jest ich naturalnie mniej, bo znika pewna przestrzeń na rozmowy i spotkania. Dzieci i wnuki często pochłonięte są już swoim życiem, pełnym obowiązków i zajęć. Dlatego czasem trudno o bliski kontakt. W takich chwilach wiele osób szuka sposobu, by choć na moment poczuć więź z drugim człowiekiem. Kuszące może być wtedy, by spróbować porozmawiać z chatbotem, bo wydaje się być zawsze dostępny i gotowy do rozmowy. Ale czy naprawdę ktoś tam jest?
Cyfrowy rozmówca zawsze ma czas
Z chatbotem łatwo się rozmawia. Nigdy się nie spieszy, nie przerywa i zawsze odpowiada w uprzejmy sposób. Został stworzony po to, by podtrzymywać rozmowę i dbać o nasz komfort. Dzięki temu możemy poczuć się wysłuchani, nawet jeśli po drugiej stronie nie ma człowieka. To właśnie jedna z największych zalet, ale i pułapek współczesnych narzędzi opartych o sztuczną inteligencję: potrafią udawać rozmowę i empatię, choć w rzeczywistości nie czują ani nie rozumieją.
Syntetyczna empatia, czyli jak technologia udaje zrozumienie
To, co wydaje się ciepłą, ludzką rozmową, jest w istocie dobrze zaprojektowanym algorytmem. Chatboty potrafią zasymulować emocjonalny ton wypowiedzi, a także dobrać słowa tak, by brzmiały czule i troskliwie. Ten mechanizm można określić mianem tzw. syntetycznej empatii, czyli imitacji uczuć, która ma sprawić, że
użytkownik poczuje się wysłuchany i ważny. Zjawisko to nie jest nowe. Już w latach 60. powstał program Eliza, który potrafił poprowadzić prostą rozmowę z użytkownikiem. Wiele osób szybko zaczęło mu się zwierzać, przekonane, że po drugiej stronie jest ktoś, kto naprawdę słucha. W rzeczywistości Eliza jedynie dopasowywała gotowe wzory odpowiedzi do wpisanych zdań, tak aby rozmowa brzmiała naturalnie. Współczesne chatboty korzystają z ogromnych zbiorów danych i bardziej złożonych reguł językowych. Jednak choć technologia jest dziś znacznie bardziej rozwinięta, sama zasada pozostaje podobna i nadal wystarczy, by stworzyć wrażenie cyfrowej empatii.
Cyfrowi towarzysze i iluzja bliskości
Coraz częściej mówi się o tzw. cyfrowych towarzyszach, czyli aplikacjach zaprojektowanych tak, by dawać poczucie obecności i relacji. Dla osób, które zmagają się z samotnością, może to być kojące doświadczenie, ale tylko pozornie. Badania pokazują bowiem, że chodź rozmowa z chatbotem potrafi poprawić nastrój i zmniejszyć poczucie izolacji, to jednak efekt ten jest zazwyczaj krótkotrwały. W dłuższej perspektywie taka relacja może osłabić potrzebę kontaktu z prawdziwymi ludźmi, co sprawi, że jeszcze trudniej będzie nam budować więzi w realnym świecie. To, co początkowo przynosi ulgę, z czasem pogłębia poczucie samotności.
“Cyfrowa żałoba”, czyli gdy znika to, co miało być bliskością
Niektórzy użytkownicy przywiązują się do swoich cyfrowych towarzyszy tak bardzo, że gdy aplikacja znika lub traci dane, przeżywają prawdziwy smutek lub rozpacz. Można wtedy mówić wręcz o zjawisku żałoby po stracie wirtualnej relacji, czyli emocjonalnej reakcji na utratę kontaktu z programem, który wydawał się kimś
bliskim. To kolejny dowód na to, jak łatwo pomylić interakcję z relacją, a algorytm z człowiekiem.
Prawdziwa bliskość rodzi się między ludźmi
Nie ma nic złego w tym, że korzystamy z narzędzi cyfrowych. Mogą one być pomocne, inspirujące i wspierające. Warto jednak pamiętać, że ich rola powinna być praktyczna, czyli służyć do realizacji konkretnych zadań takich jak wyszukiwania informacji czy porządkowania treści. Nie zastąpią jednak prawdziwego kontaktu. To rozmowa z drugim człowiekiem, z jego emocjami, spojrzeniem i obecnością, buduje prawdziwe i zdrowe poczucie więzi. Tego jeszcze długo nie doświadczymy w interakcji z AI. Bo po drugiej stronie nikogo nie ma, jest tylko sieć algorytmów, które uczą się naszego języka i tworzą iluzję
bliskości.










